patrze na te usta,dotykam ich ,upewniajac sie,ze ich idealny ksztalt nie jest jedynie wymyslem mojej wyobrazni...krew w zylach dochodzi do temperatury trudnej do zniesienia,boje sie,iz jeszcze chwila i eksploduje z krzykiem...szept,ktory znalazl droge wprost do ucha ,sprawia,za gubie i mysli i krok,nogi buntuja siej wladzy...mysle,mow,mow cokolwiek,klam i wiem,ze uwierze,w spiewny glos,w slowo kazde...czar rzucony lobuzerskim,szelmowskim usmiechem i juz wiem,ze przepadlam i ratunku nie bedzie...
przepraszam.